poniedziałek, 19 grudnia 2016

Rozdział Dwudziesty Trzeci

                        Rozdział Dwudziesty Trzeci

Około trzy miesiące później

Monika

To dzisiaj. To już dzisiaj. Czuję jak serce wali mi w piersi, a oddech przyspiesza. Jak pocą mi się ręce i jak drżą mi nogi. O Boże, zaraz zemdleję. Już nie wytrzymam, nie dam rady.
-Monia! Przestań się tak denerwować. Przecież tylko cię czeszę.- karcącym głosem mama wybudziła mnie z tego letargu pędzących myśli. Odetchnęłam głęboko i spojrzałam na nią w odbiciu lustra.
- Przepraszam. Po prostu... jak tylko o tym pomyślę to... mam wrażenie że zaraz zemdleję i...
- Spokojnie. Uspokój się. To tylko ślub. W dodatku masz jeszcze półtorej godziny. Możesz się jeszcze rozmyślić...
- Wiem mamo, ale nie chcę się rozmyślać. A co jeśli on się rozmyśli?- spytałam ze strachem i od nowa zaczęło mi się robić niedobrze.
- Marcin? To on się przecież oświadczył więc dlaczego miałby się rozmyślać? Poza tym kocha cię nad życie.

- Gotowa?- spytał mnie tata gdy razem stanęliśmy przed wejściem do kościoła. Za chwilę rozbrzmią pierwsze dźwięki organów i wtedy my wejdziemy. Wtedy zobaczę Marcina, a on mnie. Od rana się nie widzieliśmy.
Mimo że tego momentu nie mogłam się doczekać, teraz przyszedł ogromny stres. A co jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli coś się wydarzy, a ta chwila nie wróci? Po głowie krążą mi również pytania typu: Co jeśli się potknę, przewrócę, zwymiotuję? Chyba spaliłabym się ze wstydu...
- Nie wiem. Chyba nigdy nie będę.- odpowiedziałam w końcu.
- Nie martw się. Ja też bardzo się stresuję. Pierwszy raz będę prowadził córkę do ołtarza.
- Ja pierwszy raz będę szła do ołtarza, tato. Uwierz, że ja stresuję się bardziej.
- Wierzę. No, zostały dwie minuty.- powiedział patrząc na zegarek.
Tata wziął mnie pod rękę i oboje się wyprostowaliśmy. Wzięłam głęboki oddech i drzwi się otworzyły. Ruszyliśmy...

- Marcin!- krzyknęłam wesoło kiedy mój mąż... tak, od niecałej godziny już mąż wziął mnie na ręce jak pannę młodą, którą w rzeczywistości byłam. On tylko się zaśmiał i zaczął wchodzić po schodach na piętro, gdzie znajdowała się nasza sala weselna. Wszyscy nasi goście już tam na nas czekali.
Gdy weszliśmy nasze rodziny i przyjaciele zaczęli bić brawo. DJ przez mikrofon zapowiedział nasz pierwszy taniec. Wszyscy ustawili się w kole, a my po środku. Ustawiliśmy się tak, jak uczył nas nasz trener. Rozbrzmiały pierwsze dźwięki walca. Tańczyliśmy choreografię patrząc sobie w oczy i uśmiechając się do siebie. Kątem oka widziałam jak nasze matki znów się wzruszają (płakały również na ślubie w kościele). Gdy skończyliśmy i ukłoniliśmy się, rozległy się brawa.

Całą noc spędziłam na jedzeniu, tańcu, śmianiu się... Marcin zresztą też i wszyscy obecni również. Wesele zakończyło się o piątej nad ranem. Przyjaciel Marcina, który nie może pić alkoholu, odwiózł nas do mieszkania. Byłam tak padnięta, że nawet nie ściągnęłam sukni, a Marcin ze swojego garnituru pozbył się jedynie marynarki. Zasnęliśmy w swoich objęciach z jedną myślą: naprawdę jesteśmy rodziną...

Hej,
Mam nadzieję że rozdział się Wam podoba:) Do końca zostały nam jeszcze dwa!
Dziękuję Zofren i Karolinie Jurczak za komentarze:)
Następny rozdział pojawi się albo w Wigilię albo dzień/dwa po:)
Pozdr. Mari

PS.: Przepraszam że rozdział taki krótki, ale takie opisy średnio mi wychodzą i nigdy nie mam pomysłu jak je napisać:(

1 komentarz: